| O Misiu Uszatku i Andrzeju Lepperze, czyli krótka rzecz o dziełach multimedialnych |
|
|
| Autor: Damian Flisak | |
|
Na początku było słowo, wraz z nim panowała epoka przekazu ustnego i pisemnego. Potem odkryto fenomen zdjęcia, prostych ujęć fotograficznych, które elektryzowały i jednocześnie onieśmielały swoją nowoczesnością naszych pradziadków. Później nadeszła epoka filmu, głównie jako źródła rozrywki. Przekroczone zostały wszelkie najśmielsze wyobrażenia o możliwościach techniki.
Na początku było słowo, wraz z nim panowała epoka przekazu ustnego i pisemnego. Potem odkryto fenomen zdjęcia, prostych ujęć fotograficznych, które elektryzowały i jednocześnie onieśmielały swoją nowoczesnością naszych pradziadków. Później nadeszła epoka filmu, głównie jako źródła rozrywki. Przekroczone zostały wszelkie najśmielsze wyobrażenia o możliwościach techniki. Wreszcie dostrzeżono kiepskie walory użytkowe filmu i wymyślono komputer, aby i bawić, i uczyć. Idee fix ostatniej dekady poprzedniego tysiąclecia to multimedia, bo multimedia są one czymś więcej niż książka, zdjęcie, film, czy nawet komputer - multimedia to prawdziwa rewolucja w sposobie komunikacji, której nie sposób już - chyba - zdetronizować. Tuż po oswojeniu technologii multimedialnej przyszło otrzeźwienie: multimedia tak bardzo odstawały dzięki swojej odmienności od dotychczasowych standartów, że zaczęto mieć poważne problemy z dostosowaniem obecnych regulacji prawnych. Szczególnie poważnie dotknięte tym bezwładem zostało prawo autorskie, które powinno wszak regulować status prawny dzieł multimedialnych. Autor niniejszego artykuł rozpatruje wybrane zagadnienia prawnoautorskie multimediów na tle prawa polskiego i niemieckiego. Okazuje się, że multimedia stały się prawdziwym enfant terrible niemieckiego orzecznictwa i niemieckiej doktryny, bezlitośnie obnażając wszelkie braki i niespójności niemieckiej ustawy o prawach autorskich z roku 1965 (Gesetz über Urheberrecht und verwandte Schutzrechte), która dotąd konsekwentnie asymilowała wszelkie zdobycze techniki, wykazując się sporą elastycznością. Pytanie brzmi, jakie są szanse na zwycięstwo i tym razem. Hasło brzmi: "multimedia"Sam wyraz "multimedia" pojawił się już przed trzydziestoma laty, jako określenie ... pakietów materiałów do nauki języka angielskiego, książek, kaset magnetofonowych, itd. Sama koncepcja okazała się ekonomiczną klęską, przetrwała jednak nazwa, która pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku weszła na stałe do języka nauki. Od tej pory zaczęła się jednak katastrofalna dewaluacja tego pojęcia, które nieraz pełni rolę zwykłego wabika marketingowego. Wszelkie towary zaczęto opatrywać skrzekliwym napisem "multimedialny" jako pozorną gwarancję odpowiedniej jakości. Słowo to zostało w Niemczech w roku 1995 uznane przez szacowne gremia za najbardziej popularne, przez co nasiliło się jeszcze zjawisko jego inflacji. W ten sposób już na samym starcie faktycznie zatarto właściwy wymiar znaczenia techniki multimedialnej. Niesłychana atrakcyjność dzieł multimedialnych wynika z takiego sposobu przekazu informacji, który nie odnosi się wyłącznie do jednego zmysłu, jak to było do tej pory. Dzieła w dotychczasowym rozumieniu można z grubsza podzielić ne te, które emitują wrażenia audialne (utwory muzyczne) lub wizualne (dzieła literackie, utwory architektoniczne, plastyczne, itd.). Mimo że dysponujemy pięcioma zmysłami, to pozostałe trzy (smak, zapach, dotyk) mogą mieć uzasadnione pretensje niedowartościowania. Tymczasem produkty multimedialne przypuszczają skomasowany i symultaniczny atak na niemal wszystkie ludzkie ośrodki, przede wszystkim jednak oko i ucho. Występujące tu rownież niedowartościowanie innych zmysłów wynika jedynie z wciąż obecnych ograniczeń natury technicznej. Wystarczy wspomnieć w tym miejscu perspektywiczną technikę "wirtualnej rzeczywistości", gdzie w wyimaginowanym świecie doznawać można nawet uczucia dotyku. Tej ogólnej klasyfikacji wymykały się do tej pory jedynie dzieła audiowizualne, które - będąc w pewnym stopniu jaskółką nowej koncepcji multimedialnej - również posługują się i obrazem, i dźwiękiem. Filmy stanowiły niegdyś jedyny przykład dzieła heterogenicznego, łączącego elementy zupełnie odmiennej proweniencji. Ich przykład pokazuje jednak najdobitniej, ile komplikacji przysparza prawnikom sprawna "obróbka" bardziej złożonych stanów faktycznych. W polskiej ustawie o prawie autorskim do rangi niemal symbolu urosły zawirowania wokół art. 70 ust. o pr. aut., który w swoim pierwszym ustępie powinien regulować sposób nabycia autorskich praw majątkowych wobec dzieła audiowizualnego przez producenta. Jego lektura bez pomocy komentarza jest jednak tyleż twórcza, co nadaremna. Multimedia, czyli co ?Semantyczna analiza samego określenie niedwuznacznie dowodzi jego zupełnie fałszywego zastosowania. Uznając, że człon "multi-" jest znaczeniowo oczywisty i odpowiada naszemu "wielo-", należy uznać, że druga część "media" jest formą mnogą od "medium". Tymczasem "medium" oznacza tyle, co środek, albo lepiej - nośnik informacji. W formie mnogiej nietrudno zgadnąć: "nośniki informacji". Żelazną cechą multimediów (mowa oczywiście w tym momencie o mediach off-line) jest jednak jeden wspólny nośnik, czy to zwykła dyskietka, czy CD, czy DVD. Dużo bardziej odpowiednią nazwą byłoby więc np. "monomedium". Tylko rzeczowa analiza ekonomiczna może zobrazować szerokie spektrum zastosowań dzieł multimedialnych. Począwszy od fantastycznych gier komputerowych i programów edukacyjnych, tzw. edutainment, poprzez wszelkiego rodzaju kioski informacyjne z wrażliwymi na dotyk ekranami, tzw. "touch screen", w domach towarowch, bankach czy w poczekalniach dworców kolejowych, choć w Polsce brzmi to wciąż niczym fantastyka naukowa, aż do nośników z gatunku "infotainment", czyli elektronicznych wersji gazet, książek, leksykonów, katalogów, etc. Wymienić wszystkiego nie sposób w tak krótkim opracowaniu. Ujęte w obecnym katalogu niemieckiej i polskiej ustawy prawnoautorskiej dzieła cechują się względną jednolitością w obrębie swoich kategorii (art. 1 ust. 2 ust. o pr. aut. oraz art. 2 ust. 1 UrhG, jako skrót niemieckiej ustawy o prawach autorskich, Urheberrechtsgesetz). Owszem, można stwierdzić, że książka książce nie jest równa, podobnie jak film filmowi. Nie chodzi tu jednak o różnice w warstwie artystycznej, bo te tak czy owak nie dają sie obiektywnie ocenić. Autor każdej książki, jakkolwiek byłaby skłonny do oryginalności, może oddziaływać na czytelnika jedynie za pomocą określonych znaków, zamieszczonych na papierowych stronach, ujętych z zewnątrz w okładki. Podobnie filmy składają się z ruchomych obrazów zaopatrzonych w dźwięk, umieszczonych na określonym nośniku (np. "tradycyjnej" taśmie lub DVD). Dlatego uzasadniona jest uwaga o ich rodzajowej homogeniczności. Utwory multimedialne tymczasem wykazują wielokrotnie już sygnalizowane olbrzymie zróżnicowanie zarówno w zakresie swej morfologii, jak i treści. Dość powiedzieć, że spora ich część do swojego zaistnienia nie wymaga w ogóle żadnego nośnika materialnego. Treści rozpowszechniane za pomocą internetu, czyli on-line, nie posiadają wszak materialnego substratu. Owa okoliczność bynajmniej nie pozbawia ich przywileju ochrony prawnoautorskiej. Trzeba bowiem pamiętać, że nie materialny nośnik, "corpus mechanicum", tylko sam przejaw twórczej działalności podlega ochronie. Multimedia, podobnie jak filmy, są pewną całością, która składa się nieraz z potężnej ilości różnorodzajowych składników. Dla przykładu weźmy pod uwagę encyklopedię multimedialną. Wpisując hasło "Szopen" otrzymujemy kompletne informacje o twórcy (tekst), opatrzone zdjęciem kompozytora i nierzadko r?wnież subtelnie płynącą w tle jego muzyką; wpisując "Miś Uszatek" lub "Andrzej Lepper" zn?w otrzymamy pełny tekst, paletę zdjęć, może i płomienistych przem?wień, a nawet animacji czy fragmenty film?w. Należy sobie uświadomić, że często prawa autorskie do owych element?w przysługują zupełnie r?żnym osobom, od kt?rych trzeba je wpierw pozyskać. Nie wdając się w szczeg?ły, wydaje się, że casus Leppera jako osoby publicznej nie byłby w tej sytuacji tak kłopotliwy, jak Misia Uszatka. Trzy w jednymNiemiecki i polski ustawodawca przezornie zbywa póki co całkowitym milczeniem dzieła multimedialne. Twórcy doktryny zdają sobie sprawę z tego, że pochopne zamieszczanie ustawowej definicji dla tak heterogenicznego zjawiska stać się może z czasem w obliczu ekspansji technologii prawdziwym kamieniem u ich szyi. Zresztą aby zamieścić definicję w akcie prawnym należałoby wpierw spytać, czy ma to sens oraz wypracować wspólne stanowisko na własny użytek. Obecność definicji legalnej w akcie prawnym nie jest niezbędna dla sprawnego funkcjonowania przepisów. Definicję taką tworzy wówczas doktryna wespół z orzecznictwem na drodze wzajemnego ucierania własnych stanowisk. O ile pewne postępy w tej mierze mają miejsce na gruncie niemieckim, o tyle w Polsce jest to wciąż temat ledwie napoczęty. Według autora tego artykułu - i nie jest to bynajmniej myśl odkrywcza - jedynie racjonalnym sposobem zdefiniowania multimediów pozostaje ich opisanie za pomocą najbardziej charakterystycznych cech. Wedle dominujących poglądów klasyfikujących dzieła multimedialne posiadają one trzy charakterystyczne elementy. Po pierwsze łączą zupełnie różne od siebie utwory w jedną, chronioną prawem autorskim, całość. Jest to niemal immanentna cecha produktów multimedialnych. Nie należy jednak sądzić, że każde połączenie różnorakich utworów skutkuje ich powstaniem. Musi być ono przede wszystkim funkcjonalne i zamierzone. Jednoczesne włączenie telewizora (bodziec wizualny), słuchanie radia (wrażenie audialne) oraz pisanie na maszynie (kolejny bodziec wizualny), czyli "multimedia dla ubogich", nie skutkuje jeszcze przecież powstaniem utworu multimedialnego, mimo że absorbuje się jednocześnie i oko, i ucho. Nie będzie utworem multimedialnym również połączenie np. tekstu z wykresem graficznym, ponieważ tego rodzaju syntezie zbywałoby na atrakcyjności. W każdej książce znajdziemy wykres opatrzony komentarzem, ale nawet przeniesienie tego układu na dyskietkę nie zmienia faktu, że wciąż mamy do czynienia z wykresem zaopatrzonym w komentarz, chyba że mamy możliwość faktycznej w nim zmiany poprzez komputerowe dłubanie przy nim. Prawdziwym przełomem jest dopiero połączenie mediów statycznych i dynamicznych. Do kategorii tych pierwszych zalicza się właśnie tekst lub grafikę, czyli takie układy, przy których element czasu nie gra roli: moment otwarcia danej książki jest bez znaczenia dla zawartego w niej tekstu, pozostaje on wciąż ten sam, o ile - rzecz jasna - nie padnie łupem żarłocznych owadów, które jednak nijak pozwalają sie naukowo sklasyfikować. Dla mediów dynamicznych czas ma natomiast fundamentalne znaczenie. Dźwięk lub animacja postępują i zmieniają wartości wraz z postępem czasu: żeby polecić koledze szczególnie atrakcyjny moment w filmie musimy mu podać, aby zbytnio nie błądził, chwilę jej pojawienia się na ekranie. Dlatego dla zaistnienia fenomenu multimediów niezbędna jest obecność choć jednego medium dynamicznego, bowiem założyć trzeba, że media statyczne i tak z reguły występują w przewadze. Tylko takie połączenie zapewnia odpowiednio dużą jakościową przewagę multimediów na resztą utworów. Drugą cechą jest digitalizacja informacji, czyli jej przekształcenie w binarny kod zero-jedynkowy, czytelny dla komputera. Każda informacja, czyli tekst, dźwięk, grafika, animacja, etc., zostają tym samym wyrwane ze swojego pierwotnego środowiska analogowego i sprowadzone do jednego zapisu, zapisu cyfrowego. Błogosławieństwo tego stanu polega na niemal nieskrępowanej możliwości łączenia informacji, jej przekształcania lub dokonywania innych zabiegów. Na tym etapie nie istnieją już inne nośniki jak papier, taśmy wideo, taśmy magnetofonowe, itd. Informacja, pierwotnie tak różna i różnie utrwalona, zyskuje jeden wymiar i jeden nośnik. Oczywiście, w tym stanie informacja nie jest dla ludzi ani zrozumiała, ani czytelna. Aby się taką stała musi być ona ponownie przetworzona na sygnał analogowy. W tym multimedialnym kontekście często mówi się o "digitalnej rewolucji", ponieważ doprawdy trudno przecenić jej znaczenie dla rozwoju informacji. Jednolitość formatu sprawia, że informację dużo łatwiej i wygodniej jest przechowywać, gromadzić, przesyłać. Dowodem na to jest eksplozja popularości internetu, który uczynił informację tanią, natychmiast i powszechnie dostępną. Wszystko to świetnie wpisuje się w obecnie panujący klimat "społeczeństwa informacyjnego" ("Informationsgesellschaft"), w którym informacja staje się najbardziej atrakcyjnym dobrem determinującym rozwój ogólnoświatowej koniunktury. Dla prawa autorskiego digitalizacja jest jednak prawdziwym wyzwaniem. Wieszcz i prawdziwy amerykański guru nowych technologii Nicolas Negroponte w swe książce "Being digital" stwierdził, że każda nowa technologia prócz dobrych stron ma również i te złe. Według niego szybko poznamy cierpki smak digitalnego wandalizmu, piractwa i wszelkiego rodzaju kradzieży myśli autorskiej i to do tego stopnia, że uregulowania prawnoautorskie staną się prawną fikcją. Kopiowanie stanie się (już jest?) dziecinnie prostym zajęciem, a ponieważ jakość kopii w tym formacie zupełnie nie różni się od oryginału - pole do niewyobrażalnych nadużyć staje tym samym otworem. Trzecim i bodaj najważniejszym, bo zupełnie innowacyjnym wyznacznikiem multimediów jest możliwość ich interaktywnego używania. Inaczej niż telewidz, który rozpostarty na kanapie z pilotem w ręce śledzi rozwój wydarzeń, choćby usypiającą relację z obrad sejmu, użytkownik multimediów przestaje być biernym konsumentem produktu i ma on realny wpływ na rozwój i kształt produktu multimedialnego. Weźmy za przykład znów encyklopedię multimedialną: rozwój programu, czyli wybór haseł i opcji zależy wyłącznie od widzimisię konsumenta. On jest "twórcą" tego, co ukazuje się na ekranie i w jakiej kolejności. Oczywiście, również interakcja posiada swoje stopnie. Przewracając kartki książki lub przewijając kasetę video rownież w pewnym sensie mamy wpływ na dobór informacji. Nie jest to jednak interakcja sensu stricto, ponieważ przewijając taśmę dokonujemy jedynie wyboru miejsca, od którego zaczniemy konsumpcję filmu, samo przewijanie nie ma absolutnie żadnego wpływu na jego postać. Rudymentarną formą interaktywności jest też np. możliwość głosowania poprzez telefon w konkursie Eurowizji lub wybór najdogodniejszego ustawienia kamery podczas relacji z meczu piłkarskiego. Nie są to jednak przykłady interaktywności w rozważanym tutaj sensie. W podanych przykładach kluczowym jest zachowanie linearnej percepcji dzieła, czyli oglądania programu zgodnie z jego chronologicznym porządkiem. Oglądanie meczu piłkarskiego lub filmu od końca sprawia bardzo umiarkowaną frajdę, tymczasem chronologia w typowych dziełach multimedialnych z reguły nie ma znaczenia (nielinearność odbioru). Na stronach internetowych możemy klikać na dowolną ikonę, w dowolnym czasie i w dowolnej kolejności, bez zachowania porządku chronologicznego. Czytanie książki od setnej strony jest natomiast zajęciem pozbawionym głębszego sensu. Najpełniejszym i najbardziej zaawansowanym stopniem interaktywności jest możliwość przekształcania produktu i dopasowywania go do własnych potrzeb, np. stworzenie własnej "tapety" i zainstalowanie jej w programie na stałe. Nie jest możliwe korzystanie z dzieł multimedialnych bez komputera, podobnie jak oglądanie kasety wideo bez odtwarzacza. Dlatego też ów przymus posługiwania się komputerem nierzadko postrzega się jako kolejną cechę. Stare jak nowePrzedstawiona w zarysie charakterystyka prowadzi do wniosku, że multimedia w rzeczy samej nie są nowym tworem, czymś zupełnie dla nas obcym. Dzieła multimedialne łączą powszechnie znane techniki i środki komunikacji w jedną całość, zaopatrzoną w określone właściwości, które dopiero nadają im określony walor. Dzieła multimedialne same realizują określoną koncepcję, nie są jednak przykładem "innovation by invention", jedynie "innovation by combination". Dlatego mówiąc o nich nie należy, jak się wydaje, używać formy rzeczownikowej "multimedia" a jedynie przymiotnikowej "multimedialny", bowiem w ten sposób jasno i klarownie wskazujemy na określone możliwości produktu. Użycie tymczasem pojedynczej formy słowa "multimedia" skutkuje, prócz łamańców językowych, podejrzeniem, że mamy oto do czynienia z gatunkowo różną od powszechnie już znanych technologią, co mija się z prawdą. Na zachodzie też bez zmianPozostaje tylko problem kwalifikacji dzieł multimedialnych z punktu widzenia prawa autorskiego. To zagadnienie powinno być przedmiotem odrębnej analizy, więc ograniczę się jedynie do zasygnalizowania problemu. W niemieckiej ustawie o prawach autorskich § 1 przewiduje przyznanie ochrony prawnoautorskiej dziełom "literatury, nauki i sztuki" ("Literatur, Wissenschaft und Kunst"). Akurat ten przepis zgodnie jest interpretowany jako swoista preambuła i wstępne zakreślenie obszaru prawnoautorskiego. Nie przwiązuje się do niego większej wagi. Polski ustawodawca nie przewiduje natomiast w ogóle tego rodzaju filtra. Rzeczywistą wartość przy określaniu pojęcia dzieła prawnoautorskiego po niemieckiej stronie posiada dopiero § 2, który składa się z dwóch ustępów. Pierwszy wymienia przykłady chronionych dzieł, drugi zaś formułuje syntetyczną definicję dzieła i ten właśnie ustęp gra kluczową rolę przy kwalifikacji. Wedle tego przepisu jedynie dzieła, które są tworami indywidualnymi, z pewnym ładunkiem osobowości autora, mogą korzystać z ochrony ("persönliche geistige Schöpfungen" - formuła, którą nie można w prosty sposób przetłumaczyć). Stąd też płynie pozornie oczywisty wniosek - o ile dzieła multimedialne niosą w sobie określony ładunek osobowości autora i jego indywidualności, pozostają pod ochroną. Niemieccy twórcy doktryny spekulują, w jaki sposób zmierzyć się z multimedialną hydrą. Możliwe jest wprowadzenie do pierwszego ustępu nowej kategorii dzieł multimedialnych, możliwe jest pozostawienie ich jako dzieł nienazwanych (Innominatwerke), ale możliwa jest też analogia wobec kategorii baz danych, filmów lub programów komputerowych, choć analogie w prawie autorskim nie są popularnym zabiegiem. Od tego momentu zaczyna się jednak jednoznaczny dryf ku sporom i kłótniom w literaturze. Wszystko pozostaje w sferze domniemań i - w efekcie - bez zmian, czyli zupełnie jak u nas. Jest to już jednak zupełnie inny temat.
Damian Flisak (artykuł pochodzi z 2002 r.) |
| « wstecz | dalej » |
|---|











