|
O ile trudności ze sprawnym operowaniem przepisami prawa w odniesieniu do wytworów ludzkiej twórczości określić można jako znaczne, o tyle nowa kategoria dzieł multimedialnych dowodzi już zupełnie nieprzystosowania stanu prawnego do rzeczywistości. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych ( tekst jedn. Dz.U. z 2000 r. Nr. 80, poz. 904; dalej: ustawa ) zbywa zagadnienie multimediów całkowitym milczeniem. Rodzi to niepokojący stan niepewności wobec kategorii dzieł, które już niedługo zapewne zupełnie zdominują rynek.
Przyczyny owej zaskakującej nieporadności są oczywiste: dzieła multimedialne są zupełnie specyficznym, heterogenicznym wytworem ludzkiego intelektu. Inaczej niż w pozostałych przypadkach ( z drobnym wyjątkiem filmów ), multimedia nie posiadają jednego wymiaru, ponieważ - dokonując pewnego uproszczenia - łączą słowo, dźwięk i obraz w jedną całość. Jedynym wspólnym elementem jest tutaj cyfrowy nośnik. Stąd samo pojęcie "multimedia" jest z gruntu niewłaściwe, ponieważ przedrostek "multi-" implikuje dowolność w dobieraniu nośników, tymczasem cyfrowy nośnik jest w każdym przypadku jeden i ten sam.
Tego rodzaju połączenie "klasycznych" środka komunikacji werbalnej, wizualnej oraz audialnej stanowi o niebywałej atrakcyjności multimediów. Są one prawdziwym przełomem w sposobie komunikacji. Odbiór rynkowy nowego zjawiska należy jednak w tym miejscu pozostawić osobnym analizom ekonomicznym. Niniejszy artykuł dotyka problemów zgoła odmiennych.
Poziom skomplikowania multimediów generuje poważne problemy niemal na każdym obszarze obrębki prawnej. Już sama próba ich zdefiniowania wymusza operowanie pojęciami, które ze swej strony wymagają dookreślenia. Z drobnym marginesem niedokładności można wszak podać pewne dane charakteryzujące, które każda definicja musi zawierać. Są nimi digitalizacja ( zapis cyfrowy ), interaktywność oraz kombinacja wspomnianych już "klasyczych" metod komunikowania.
Nie wdając się w techniczne tajemnice fenomenu digitalizacji dość powiedzieć, że jego istota sprowadza się do zero-jedynkowego zapisu sygnału, co stanowi najbardziej istotną różnicę wobec dotychczas praktykowanych technik analogowych. Zgodnie z rozpowszechnioną w polskiej literaturze opinią sam zabieg digitalizacji dzieła analogowego nie prowadzi do powstania nowego utworu, bowiem zapisane w innej formie dzieło jest w istocie to samo.
W kontekście nowatorstwa i udoskonalenia technik komunikacji cecha interaktywości jest natomiast bezsprzecznie najważniejsza. Umożliwia ona bowiem użytkownikowi sterowanie posiadanym programem i aktywny wpływ na jego kształt. Użytkownik encyklopedii multimedialnych może na przykład dowolnie zmieniać oglądaną i - czasami - słuchaną treść za pomocą kliknięcia myszą. Właśnie ta cecha przesądza o niezmiernej atrakcyjności nowej techniki.
Powyższy wstęp służy w istocie wprowadzeniu w zagadnienie, którego doniosłości nie sposób wprost przecenić. W sytuacji, gdy coraz większa liczba tradycyjnych mediów zostaje przeniesiona na cyfrowe nośniki pojawia się pytanie, czy twórcy tych dzieł dysponują jakimkolwiek instrumentarium, aby móc sprzeciwić się podobnym praktykom i zapewnić sobie tym samym udział w lukratywnym interesie. Używając nomenklatury prawniczej: czy multimedialna eksploatacja musi być postrzegana jako odrębne pole eksploatacji, których katalog - jakkolwiek niewyczerpujący - zawiera art. 50 ustawy? Gdyby miało tak być, wówczas zgodnie z art. 41 ust. 2 ustawy przeniesienie prawa do multimedialnej eksploatacji ( lub udzielenie stosownej licencji ) winno się dokonywać mocą odpowiedniej klauzuli w umowie. W celu zdefiniowania "pola eksploatacji" posłużyć się można formułą niemieckich prawników. Wedle niej za taką należy uważać każdą dostatecznie wyodrębnialną, gospodarczo i technicznie samodzielną formę eksploatacji.
Zakładając, że jednym z możliwych podziałów wśród multimediów jest ich użytek "offline" i "online", wątpliwości pojawiają się jedynie przy okazji korzystania z nośnika CD postrzeganego wyłącznie jako środka do gromadzenia danych. W tym wypadku należy wątpić, czy rzeczywiście używanie dysków niesie z sobą taki ładunek nowatorstwa i jakościowej różnicy, że uzasadnione jest dopatrywanie się w tutaj istnienia nowego pola eksploatacji. Dla odmiany połączenie różnego rodzaju elementów, o czym była już mowa przy okazji przywołanego wyżej przykładu multimedialnej encyklopedii, pozwala uznać tego rodzaju kompilacje za nowy sposób eksploatacji dzieła. Nie ulega natomiast żadnej wątpliwości, że użytek "online" ( internet ) kwalifikuje się per se jako nowe pole eksploatacji. Ponieważ technika cyfrowa jest najmłodszym dzieckiem rozwoju technicznego, należy zbadać, w którym momencie przestała być "nieznanym polem eksploatacji". Jednoznaczne orzeczenie w tej materii jest istotne w kontekście art. 41 ust. 4 ustawy, który chroniąc twórcę pozwala na przeniesienie tylko tych pól, które były znane w chwili zawarcia umowy. W tym miejscu można się znów odwołać do dorobku naszych zachodnich sąsiadów. Pole eksploatacji staje się znane wówczas, gdy znane są techniczne dane jego realizacji oraz gospodarcze skutki zastosowania. Stwierdzając lapidarnie: gdy wiadomo jak, po co i za ile. Niemieckie orzecznictwo uznało początek lat 90-tych, najpóźniej rok 1994, za moment, w którym technika multimedialna stała się powszechnie znana i stosowana. Z tego więc wynika, że autor, który zawarł z kontrahentem w latach 80-tych umowę przenoszącą określone majątkowe prawa autorskie, nie wyzbył się uprawnienia do przeniesienia swego utworu na CD, ponieważ wówczas tego rodzaju zabieg nie był znany. To z kolei rodzi obowiązek późniejszego uzupełnienia umowy o brakujący element, choć pytanie, czy łatwo jest znaleźć autora kilkudziesięcioletniego tekstu, aby ten zgodził się na zamieszczenie go w internecie, należy raczej do retorycznych.
Warto wspomnieć przy okazji o wypracowanej na zachodzie konstrukcji obchodzącej w pewnym stopniu postanowienia art. 41 ust. 4 ustawy. Przy zawarciu tzw. umowy ryzyka ( Risikogeschäft ) konkretny sposób eksploatacji musi być wprawdzie technicznie do przeprowadzenia, nie trzeba za to spełnić warunku "ekonomicznej przewidywalności". Oznacza to mniej więcej tyle, że wiadomo jak, choć wciąż nie wiadomo po co i za ile. Dlatego zawierający umowę z twórcą podejmuje się wzięcia na swoje barki gospodarczego ryzyka całego przedsięwzięcia. Orzecznictwo niemieckie profilaktycznie obwarowało jednak umowy ryzyka innymi warunkami, które w założeniu miały uniemożliwić ewentualne nadużycia. Sposób "ryzykownego" użycia musi być w umowie skonkretyzowany tak, aby niedwuznacznie stanowił jej przedmiot. Dotychczasowe próby złagodzenia przez przestawicieli doktryny tych wymogów są skutecznie blokowane.
Multimedia nabrały statusu pełnoprawnego przedmiotu umów autorskich, chociaż art. 1 ust. 2 ustawy o nich nie wspomina. Pozostaje sobie życzyć szybkiej interwencji ustawodawcy, aby uciąć wszelkie spekulacje, których na obszarze prawa autorskiego i tak jest dość, i aby nie dopuścić, żeby sądy stały się poligonem radosnej twórczości prawniczej.
Damian Flisak Artykuł pochodzi z 2002 r. (przeniesiony z starszej wersji serwisu) |